Avatar miał być rewolucją, miał przekreślić to, co znamy z dotychczasowych filmów i obdarować nas lepszą, nową wersją Kina. Jednak, coś po drodze się nie udało. Zacznijmy od początku.
W tym wypadku początkiem jest śmierć. Śmierć cenionego naukowca i uczestnika eksperymentu “Avatar”, a w dodatku brata bliźniaka głównego bohatera. Na szczęście bracia moją podobny genotyp, co skłania osoby na górze do złożenia propozycji nie do odrzucenia. Jake Sully, niegdyś komandos, obecnie uwięziony na wózku facet bez wykształcenia, ma zastąpić brata. Wyrusza na księżyc pewnej planety, zamieszkały przez lud Na’vi, lud wielkich niebieskich stworzeń, które nie są tak rozwinięte technologicznie jak mieszkańcy Ziemi.

“Avatar” to unowocześniona historia z początków Ameryki. Kowboje bez skrupułów, wyposażeni w nowoczesną broń kontra niebieskoskórzy, zacofani kolesie z łukami i umiłowaniem przyrody jako głównymi atutami. Tak, przyroda i środowisko naturalne to jeden z głównych tematów filmu. O tym, że nasze pragnienie rozwoju technologicznego to może wcale nie jest najlepsze wyjście, że własną planetę trzeba chronić, a ludzie powinni trzymać się jak najbliżej środowiska usłyszycie tu nie raz.
Film ten to przede wszystkim klimat i obraz. Cameron nie miał jak postawić na co innego, bo fabuła jest prosta, wręcz przewidywalna. Film jakoś się trzyma tylko dzięki obrazowi i klimatowi, jaki on stwarza. Nie, nie czułem się jak na innej planecie. Gorzej, nie czułem nawet, że ona istnieje, razem ze swymi niebieskimi mieszkańcami. Animacji komputerowej cały czas czegoś brakuje, a tak liczne zestawienia jej z prawdziwymi aktorami i przedmiotami powoduje, że coraz trudniej w nią uwierzyć. Oglądając ten film żałowałem, że technika poszła aż tak do przodu. To nie są czasy “Star Wars”, gdzie trzeba było kombinować, by wymyślić sposób na jak najlepsze pokazanie czegoś niewyobrażalnego. Teraz wystarczy mieć komputer, żeby uzyskać podobny efekt. Podobny, bo jeszcze przez długi czas będzie trudno zastąpić prawdziwość wybuchu czy dobrej makiety pojazdu przez model 3d.

I tu przychodzi smutna prawda — Avatar to film zwykły do bólu. Przyozdobiony nową technologią, podrasowany przez wszechobecny trzeci wymiar, przedstawia to co już znamy. To nie pierwszy film 3d, nie pierwszy w którym wykorzystano technikę motion capture, nie pierwszy miesza animacje z tradycyjnie nagranym obrazem. To już wszystko było, tylko na mniejszą skalę.
Ten film jest długi. I gdy mówię długi, mam na myśli długaśny, co odbiło się na wartkości akcji. Tak, bywa nudno. Tak, są sekwencje przy których można zasnąć. Jednak, są też momenty wgniatające w fotel, są obrazy, które zachwycają i wreszcie aktorsko, w przeciwieństwie do Titanica, nie jest źle. Czasem nadekspresja bije po oczach, jednak nie jest to aż tak nagminne. Na szczególną uwagę zasługuje, moim zdaniem, Giovanni Ribisi, który świetnie wypadł w swej roli.
Nie powiem z pełną odpowiedzialnością — nie idźcie na ten film, bo przy jego wszystkich wadach mam świadomość, że jeżeli bym go nie zobaczył, to bym żałował.
Słucham? To wartość filmu mierzymy według ilości efektów specjalnych? Dość dziwne kryterium.
Jednak skoro tak stawiasz sprawę – dużo lepiej wykonani “obcy” byli np. w District 9, który moim zdaniem jest dużo ciekawszym filmem od Avatara.
Styczeń 22, 2010 o godzinie 17:13Avatar Bioware Blizzard Capcom Diablo III Dolna Półka Dragon Age EA Fabryka Słów Falkon Film Kolektyw Konkurs Kratos Lucas Arts Marvel Comics Mass Effect 2 Opowiadanie PC Playstation 3 Poniedziałkowe animacje Porytkon Rycerz Janek StarCraft II Star Wars Star Wars: The Force Unleashed trailer Ubisoft Valve xbox360
WP Cumulus Flash tag cloud by Roy Tanck requires Flash Player 9 or better.
Copyright © 2002-2009 Miasto Fantastyki. Wszelkie prawa zastrzeżone | Kopiowanie materiałów bez zgody autorów zabronione! Design, XHTML i CSS: keithar.com, Projekt przystosował do wordpressa: fafkoolec.info.