Czy mając na koncie takie dzieło jak „Spirited away” można zrobić coś lepszego? Jeżeli jesteś genialnym reżyserem, piszesz nieziemskie scenariusze, fani nazwali cię papieżem anime i nazywasz się Hayao Miyazaki odpowiedź brzmi: tak. „Ruchomy zamek Hauru”, chociaż zaledwie nominowany do Oscara w 2006, jest najbarwniejszą, najpełniejszą i najdoskonalszą produkcją Studia Ghibli, jaką przyszło mi oglądać. Były momenty do płaczu, były momenty do śmiechu i, co ważniejsze, takie, w których nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Obejrzałam te anime kilka razy i za każdym razem było lepiej.
Sophie ma osiemnaście lat, długi warkocz i nieciekawe rysy twarzy. Nie jest nawet brzydka, gdybyś szedł ulicą obok niej prawdopodobnie nie zwróciłbyś na nią uwagi. Ot, szara myszka, pracująca w sklepie z kapeluszami. Pewnego dnia, mimo plotek o niebezpiecznym czarodzieju – casanowie imieniem Hauru, wybiera się w odwiedziny do siostry, ślicznej blondynki, która wprost nie może opędzić się od amatorów. Po drodze zaczepiają ją dwaj żołnierze, którzy być może chcą tylko porozmawiać, ale można sądzić, że oczekują czegoś więcej. Dziewczyna w obawie zaczyna się cofać. I wtedy pojawia się on. Blondwłosy wybawiciel, któremu niejedna oddałaby serce i cnotę. Jak na wytrawnego podrywacza przystało wybawia panienkę z opresji, po czym unosi ją w górę, nad rynek pełen tańczących par, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Rozanielonej Sophie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. I już, już, mogłaby zapisać ten dzień w pamiętniczku, jako najprzyjemniejsze wydarzenie jej życia, gdyby nie jedna, niedogodna okoliczność. Do miasta, tuż za czarodziejem przybyła Wiedźma z Południa, wyjątkowo nieprzyjemna femme fatale. Z zazdrości o Hauru zamienia bogu ducha winną osiemnastolatkę w dziewięćdziesięcioletnią staruszkę, po czym zostawia ją samą sobie. Nie mając nic do stracenia, z bagażem zmarszczek i siwych włosów, Sophie wyrusza na poszukiwanie legendarnego ruchomego zamku, mając nadzieję, że przebywający tam czarnoksiężnik zdoła zdjąć rzuconą na nią klątwę. Po drodze spotyka dziwacznego, żywego stracha na wróble, zaś w samym zamku zaprzyjaźnia się z czarnoksięskim czeladnikiem – Markiem, oraz napędzającym wszystko demonem Calciferem.
Niesamowici bohaterowie są chyba najlepszym elementem tego filmu. Sophie z młodej, naiwnej i nudnej panienki zamienia się w leciwą babcię, która nie ma już nic do stracenia, więc może wszystko. Przestaje wieść bezbarwne i monotonne życie i wyrusza na spotkanie przygodzie, która odmieni ją na zawsze. Uczy się też całkiem nieźle kłamać i chociaż jej kłamstwa prędzej, czy później wychodzą na wierzch, to zadziwiająca jest pomysłowość z jaką to robi. Nie można też odmówić jej uroku osobistego, jaki roztacza sprzątając zamek, ratując Rzepią Głowę, czy targując się z Calciferem. I chociaż zupełnie na to nie zasłużył, Hauru zyskuje w niej przyjaciółkę i niańkę, która pomoże mu bardziej niż jego zdolności magiczne. Mark jest bardzo sympatycznym ośmiolatkiem, który próbuje udawać starszego, chociaż dopiero co wyrósł z pieluch. Calcifer ma świetne poczucie humoru, jest wygadany i wyszczekany, każda scena z nim powoduje wielki wyszczerż na twarzy oglądającego. Wiedźma z Południa mimo grozy, którą roztacza na początku, przechodzi interesującą przemianę, zaś Hauru… Hauru jest wisienką na torcie. Nie chodzi już nawet o to, że jest zabójczo przystojny, potrafi czarować, a jego wdzięk zniewala wszystkie istoty płci żeńskiej w promieniu kilku mil. Czarnoksiężnik jest wiecznym małym chłopcem, idealistycznym buntownikiem i poniekąd wrednym skurczybykiem, przynajmniej w niektórych momentach. A ponadto jego narcyzm i nieodpowiedzialność buchają z niego na odległość. Najbardziej podsumowuje go cytat: „Nie chcę żyć, bo nie jestem już piękny”.
Film ma również głębokie przesłanie pacyfistyczne i antywojenne. Hauru, częściowo z lenistwa, częściowo z powodu przekonań, decyduje się nie brać udziału w żadnej wojnie, chociaż jako czarodziej zobowiązany jest stawić się na wezwanie władz. By się od tego wymigać wysyła słabą, zgarbioną staruszkę Sophie, która ma mu zapewnić niezbędne alibi na czas trwania potyczek. Co nie do końca się jej udaje.
O grafice i animacji można by mówić dużo i namiętnie, ale najpełniej obraz tego filmu oddaje zamek. Zamek jest jednocześnie budowlą i zwierzęciem, ma łapy, pysk, wieże, wieżyczki, okna, kominy, balkony, drzwi, daszki, podbrzusze i parę wydobywającą się, ze wszystkich otworów. Porusza się trochę, jakby chciał a nie mógł, za każdym krokiem stawia inne odnóże. W środku, przynajmniej do przybycia Sophie, ma ogólnie bałagan, kilka nieotwieranych pokoi, dużo kurzu i zakamarków. Centrum dowodzenia stanowi palenisko, w którym urzęduje i ogarnia to wszystko Calcifer. Samym zamkiem można zachwycać się parę godzin. Co do animacji, nie chodzi już nawet o to, że jest doskonale płynna i profesjonalna. Przez cały czas trwania filmu twarz Sophie na przemian starzeje się i młodnieje, tak, że nie sposób wychwycić momentu przejścia. Cudo. Krajobrazy krajobrazami, ale interświat, do którego udaje się Hauru w swej ptasiej postaci jest genialny.
Scenariusz został oparty na powieści Diana Wynne Jones, wydanej pod takim samym tytułem w 1986. Oprócz niej wyszły jeszcze dwa tomy: „Zamek w chmurach” z 1990 oraz najnowsza część „Dom wielu dróg” z 2008, który był nominowany w tym roku do nagrody Mythopoeic (wraz z „Księgą Cmentarną” Gaimana oraz „Nacjami” Pratchetta) i nie został jeszcze wydany w języku polskim. Soundtrack z filmu stworzony przez zespół Tokuma, został później wykorzystany przez Joego Hisaishiego i wydany w formie płyty, pt.: „Howl’s Moving Castle: Symphony Suite” Z ciekawostek można dorzucić, że w amerykańskim dubbingu w rolę Hauru wcielił się aktor jednej twarzy, znany wszystkim Christian Bale.
Trudno polecać coś tak naprawdę genialnego, coś co praktycznie wszyscy widzieli. Pozostaje mi życzyć miłego oglądania po raz kolejny. Aż do znudzenia materiałem, czyli, w przypadku niektórych, nigdy.
Casanova Hauru? Dziewczyno, na przyszłość nie pisz takich przykrych rzeczy…
Styczeń 11, 2010 o godzinie 15:20A niby czemu nie? Łamał serca, rozkochiwał w sobie kobiety. A to, że się później zmienił, to już inna sprawa.
Styczeń 11, 2010 o godzinie 23:36Anime Avatar Bioware Blizzard Dolna Półka Fabryka Słów Falkon Film Film na poniedziałek Filmy Gry Komiks Konkurs konwent Konwenty Kratos Lucas Arts Marvel Comics Mass Effect 2 Opowiadanie PC Piątkowy Flashbang Playstation 3 Porytkon Star Wars Trailer Ubisoft Valve Wydawnictwo Portal xbox360
WP Cumulus Flash tag cloud by Roy Tanck and Luke Morton requires Flash Player 9 or better.
Copyright © 2002-2009 Miasto Fantastyki. Wszelkie prawa zastrzeżone | Kopiowanie materiałów bez zgody autorów zabronione! Design, XHTML i CSS: keithar.com, Projekt przystosował do wordpressa: fafkoolec.info.