<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Miasto Fantastyki &#187; Fragmenty książek</title>
	<atom:link href="http://www.miastofantastyki.pl/category/ksiazki/fragmenty-ksiazek/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.miastofantastyki.pl</link>
	<description>Serwis fantasy.</description>
	<lastBuildDate>Thu, 29 Jul 2010 15:36:22 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>EON. Powrót Lustrzanego Smoka</title>
		<link>http://www.miastofantastyki.pl/2010/02/21/eon-powrot-lustrzanego-smoka/</link>
		<comments>http://www.miastofantastyki.pl/2010/02/21/eon-powrot-lustrzanego-smoka/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 21 Feb 2010 08:00:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Mirzka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Alison Goodman]]></category>
		<category><![CDATA[EON. Powrót Lustrzanego Smoka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.miastofantastyki.pl/?p=7315</guid>
		<description><![CDATA[Przeczytaj fragment Najlepszej Powieści Fantasy (Aurealis 2008) &#8222;EON. Powrót lustrzanego smoka&#8221; autorstwa Alison Goodman. Premiera 24 lutego. Zrobiłam krok w bok i zakręciłam przed sobą mieczami, przygotowując się na drugą sekwencję Koźlego Smoka. A tymczasem Ranne ruszył na mnie z kopyta z wysoko uniesionymi mieczami. To już nie był Koźli Smok. Zapoczątkował trzecią sekwencję Końskiego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przeczytaj fragment Najlepszej Powieści Fantasy (Aurealis 2008) &#8222;EON. Powrót lustrzanego smoka&#8221; autorstwa Alison Goodman. Premiera 24 lutego.<br />
<span id="more-7315"></span><br />
<a href="http://www.miastofantastyki.pl/wp-content/uploads/2010/02/EON_3501.jpg"><img src="http://www.miastofantastyki.pl/wp-content/uploads/2010/02/EON_3501-207x300.jpg" alt="" width="207" height="300" class="alignleft size-medium wp-image-7319" /></a><br />
Zrobiłam krok w bok i zakręciłam przed sobą mieczami, przygotowując się na drugą sekwencję Koźlego Smoka. A tymczasem Ranne ruszył na mnie z kopyta z wysoko uniesionymi mieczami. To już nie był Koźli Smok. Zapoczątkował trzecią sekwencję Końskiego Smoka. Sprężyłam się w sobie i dosłownie w ostatniej chwili uniosłam miecze. Stal z miażdżącą siłą uderzyła o stal i zepchnęła mnie na luźny piasek. Zwarliśmy się jelcami. Wparłam się w piasek bokiem stopy, żeby się nie ślizgać. Jego twarz znalazła się o włos od mojej, na skórze poczułam gorący, śmierdzący oddech.<br />
– To nie Kozioł… – wydyszałam. Moja tylna noga wciąż się osuwała.<br />
– Pomyliłem się…<br />
Szarpnął się w moją stronę, tak że cały jego ciężar spoczął na moich jelcach, a dłonie i ramiona zadrżały mi z wysiłku. Serce biło mi głośno, lecz jeszcze głośniej zachowywał się tłum na trybunach; zupełnie zagłuszył słowa Ranne’a. Nie miałam sił pchać. Lada chwila ręce odmówią mi posłuszeństwa i rąbnie mnie łokciem w twarz.<br />
– Szczur pada na ziemię.<br />
To nie był nawet głos, tylko wiedza ukryta gdzieś głęboko. Jakimś trafem mięśnie, ścięgna i kości wiedziały, co trzeba uczynić. Upadłam do tyłu, pociągając za sobą miecze; szarpnęłam nimi w bok, żeby uwolnić żelazo. Kiedy grzmotnęłam o piasek, dostrzegłam wyraz zaskoczenia w jego szeroko otwartych ustach, odzwierciedlający zapewne moje własne zdumienie. Tłuszcza wyła z podniecenia: kulawy się odgryza!<br />
– Wąż zwija się do ataku.<br />
Obróciłam się i dźwignęłam na kolana. Ranne już oprzytomniał i nacierał z furią. Jego miecze wirowały, blisko ze sobą skrzyżowane. Trzecia sekwencja Psiego Smoka. A więc koniec udawania, że obowiązuje jakaś kolejność. Zamierzał zasypać mnie serią druzgocących wypadów. Ciężko wstałam z uniesionymi mieczami, czekając na pierwszy.<br />
Moja zastawa była nieporadna: tępa strona miecza odskoczyła mi prawie do samej twarzy. Drugą zastawę ułożyłam pod złym kątem i przy potężnym ciosie omal nie wypuściłam rękojeści z drżącej dłoni. Tajemna wiedza opuściła mnie równie nagle, jak przyszła. Z trudem chwytałam powietrze. Trzeci atak zmusił mnie do zasłony z dłonią skręconą na rękojeści. Pionowy cios – niczym uderzenie młota – przełamał mój osłabiony uchwyt. Zwichnięty nadgarstek do niczego się już nie nadawał. Przez chwilę Ranne był ciemną plamą w szarej mgle, powstałej z mojego bólu. Poczułam, jak rusza sztychem i wytrąca mi miecz, który potoczył się po piasku. Wokół areny przetoczyło się westchnięcie tłumów.<br />
Cofnęłam się na chwiejnych nogach z nadgarstkiem przyciśniętym do piersi. Przynajmniej ostała mi się prawa ręka. Ranne znów się zbliżał: jeden miecz wysoko, drugi z rękojeścią do ataku w drugiej sekwencji Tygrysiego Smoka. Czekała mnie seria szybkich razów z wykorzystaniem ciężkiej głowicy w charakterze maczugi. Zmrużyłam oczy, próbując się skupić mimo bólu. Jeden miecz, jedna zastawa. Zaatakuje z wysoka. Uniosłam klingę, żeby osłonić głowę.<br />
– Królik kopie.<br />
Pradawna wiedza. Rozum starał się utrzymać mnie na nogach, ja już jednak padałam na ziemię i zdrową nogą celowałam w jego kolana. I trafiłam golenią. Poczułam, jak się składa wpół i ląduje na piasku. Przeszył mnie morderczym spojrzeniem.<br />
– Smok chłoszcze ogonem.<br />
Nie!<br />
Ranne wykonał piorunujący wypad i prawie przekłuł mi stopę. Cofnęłam się, żeby mnie nie dosięgnął. Szurając mieczem, wzbiłam chmurę piachu.<br />
– Smok chłoszcze ogonem.<br />
Nie!<br />
Moje biodro! Nie mogę…<br />
Ranne podźwignął się na mieczu wbitym w ziemię. Pochylił głowę i ruszył do ataku z szeroko rozstawionymi mieczami. Nawet nie używał znanych mi układów. Po prostu walczył. Pozbierałam się i uklękłam, mając przed sobą dwie możliwości: pogrzeb lub kalectwo.<br />
Kaleką już byłam.<br />
Nim zdążyłam unieść miecz, Ranne wymierzył cios w moją głowę. Gwałtownie odskakując, poczułam powiew powietrza tuż przed tym, jak drżąca klinga przeszła obok mojej twarzy. Straciłam równowagę. Nie było dokąd uciekać. Dostrzegłam zamgloną dłoń. Błysnęło żelazo zbliżające się do mojej głowy. Od potwornego wstrząsu pociemniało mi w oczach i wpadłam w czarną otchłań.</p>
<p>			********************************************</p>
<p>Otworzyłam oczy. Zewsząd padał biały blask, od którego jeszcze bardziej łupała mnie głowa. Łzy ciekły po nosie i policzkach i skapywały na stratowany piasek. Zacisnęłam powieki.<br />
– Eon… – odezwał się ktoś w oddali, bardzo daleko.<br />
Oblizałam wargi. Sól i kurz.<br />
– Eon.<br />
Poczułam na ramieniu jakiś ciężar. Potrząsano mną. Zamrugałam, dopuszczając do oczu kłujące światło. Leżałam pod cesarskim lustrem, za dwoma szeregami kandydatów.<br />
– Mistrzu…<br />
Wyostrzyły się rysy jego twarzy. Miał pochmurną minę.<br />
Zawiodłam jego nadzieje…<br />
– Musisz wstać, Eon.<br />
Uniosłam głowę i zwymiotowałam, bluzgając na piasek kwaśną wodą.<br />
– Chyba nie spodziewasz się, że będzie się w stanie pokłonić? – usłyszałam czyjś głos.<br />
Obok mistrza klęczał stary urzędnik. Zauważyłam błysk na jego diamentowej szpilce.<br />
– Poznał mnie – stwierdził mistrz. – Nie postradał rozumu.<br />
– Wątpię, czy zdoła wstać – powiedział urzędnik. – To trudna sytuacja. Masz pełne prawo domagać się usunięcia Ranne’a.<br />
– Ranne jest tylko sługą. Należałoby usunąć lorda Ido.<br />
– Możesz wnieść skargę. – Urzędnik silił się na spokój, lecz wyczułam w nim zapał.<br />
Mistrz parsknął śmiechem.<br />
– Mam się poświęcić dla dobra rady? Nic z tego.<br />
– Ktoś musi ukrócić ambicje lorda Ido.<br />
– To był wasz obowiązek, ale pokpiliście sprawę. Dawno minęła chwila, kiedy można go było poskramiać.<br />
Urzędnik skrzyżował ramiona.<br />
– Cóż było czynić? Popiera go wielki lord Sethon.<br />
– Odwrotnie, rzekłbym – mruknął mistrz.<br />
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.<br />
– A zatem nie wycofujesz swojego chłopaka? – zapytał na koniec urzędnik. – Pokłoni się?<br />
– Pokłoni.<br />
– Wobec tego stawiaj go na nogi. Właśnie wezwano dziesiątego kandydata. To już długo nie potrwa. – Wstał ociężale z kupy piasku i ukłonił się mojemu mistrzowi. – Powodzenia, heurysie Brannonie.<br />
Mistrz pokiwał głową i odwrócił się do mnie.<br />
– Przepraszam… mistrzu… – wycharczałam przez ściśnięte gardło.<br />
– Masz, napij się wody. – Przystawił mi kubek do ust.<br />
Pociągnęłam głęboki łyk i z bólem przełknęłam.<br />
– Wiem, że to męczące, ale musisz wstać – powiedział. – Musisz pokłonić się Szczurzemu Smokowi.<br />
– Nie ukończyłam sekwencji. Nie wybierze mnie.<br />
Prychnął.<br />
– To nie była sekwencja. Prędzej już zasadzka. – Ponownie przechylił kubek, żebym mogła się napić. – Nikt nie wie, czym się kieruje smok. Wytrzymamy do końca.<br />
Zarzucił mi rękę na ramiona i pomógł się podnieść do pozycji siedzącej. Poczułam, jak wygładza mi włosy i zatrzymuje dłoń na moim karku. Arena zakręciła się i zakołysała. Gdy zaczęłam głębiej oddychać, uspokoiła się, aczkolwiek od czasu do czasu dwoiło mi się jeszcze przed oczami.<br />
Miałam wrażenie, że dwóch Baretów walczy z dwoma mistrzami miecza. Mrużąc oczy, usiłowałam pozlepiać sobowtórów.<br />
Baret nieźle sobie radził. Nic dziwnego, skoro Ranne przechodził z układu do układu w znanej nam wszystkim kolejności. Jeszcze trochę i Baret zostanie nowym uczniem lorda Smocze Oko.<br />
A ja uciekinierem.<br />
Częściowo wyswobodziłam się z uchwytu mistrza. Przytrzymał mnie jednak za rękę.<br />
– Idź pomału, Eon. Do ostatniego pokłonu zostało trochę czasu.<br />
Owacje na cześć Bareta przeplatały się z wyzwiskami pod adresem Ranne’a. Zamknęłam oczy i ostrożnie dotknęłam napuchniętej skroni. Usłyszałam głos heroldów, dobiegający jak gdyby z wielkiej dali, wzywający na pojedynek Dillona i Jin-pa. Moje obrażenia wydawały się niegroźne, lecz na wszelki wypadek powoli prześledziłam przepływ hua przez siódmy ośrodek mocy. Uszkodzenie było swoistym zatorem w strumieniu energii, który wszakże nie został przerwany. A zatem nic strasznego. Otworzyłam oczy i arena znów się rozdwoiła. Zamrugałam i zaraz uległa scaleniu.<br />
Wtedy ujrzałam smoki. Siedziały nad lustrami i obserwowały pojedynek toczący się na piasku areny. Bestie nie miały trwałego kształtu ani koloru – wyglądały jak zaburzenie w materii powietrza, dające mętne wyobrażenie postury, ciężaru, zarysów ciała. Jedynie oczy wydawały się bardziej uchwytne: były punktami gęstej ciemności, jakby powstały w tych miejscach dziury w tkance świata. Tłum nie zdawał sobie sprawy z ich obecności. Nawet lordowie Smocze Oko przenikali je wzrokiem na wylot. Czemu nie widzieli własnych smoków?<br />
Wrzaskliwy zgiełk na trybunach oznajmiał zakończenie sekwencji. Starałam się nie zważać na żar i hałas, gdy Dillon kłaniał się przed lustrem. Szczurzy Smok pochylił swoją roziskrzoną głowę, żeby mu się przyjrzeć. Po geście należnego szacunku Dillon na chwilę skamieniał – czyżby wiedział, że przewiercają go z bliska ogromne smocze oczy? Patrzyłam, jak wraca do szeregu. Wydawał się po prostu zmęczony. Wezwano następnego kandydata. Zamknęłam oczy, wyczerpana niemiłosiernym blaskiem słońca. Wrzawa tłumów przycichła, była już tylko odległym pogwarem, kiedy uczucie odprężenia pozwoliło mi zapomnieć o bólu.<br />
Ktoś mną szarpnął. Znów musiałam się zmierzyć z drażniącym światłem. Wokół mnie arena wybuchła pełnią życia.<br />
– Eon, nie zasypiaj! – napomniał mnie mistrz. – Został ostatni kandydat. Zaraz trzeba się będzie pokłonić.<br />
Przymrużyłam powieki, otumaniona feerią barw i dźwięków. Rozejrzałam się po arenie. Smoki znikły, przynajmniej sprzed moich oczu. Mistrz ciągnął mnie za ramię.<br />
– Do szeregu! Ja muszę wracać na swoje miejsce.<br />
Moja wędrówka po piasku trwała tyle, że ostatni kandydat zdążył w tym czasie ukończyć sekwencję. Przy każdym kroku kręciło mi się w głowie. Runęłam na kolana za Quonem, akurat gdy heroldowie wbiegli na środek i utworzyli ośmiobok. Brzęk gongów przebił się przez huczną wrzawę widowni.<br />
– Dwunastu udowodniło swoją zręczność i wytrzymałość – oznajmili. – Oto nadeszła chwila ujrzenia Szczurzego Smoka, a także nowego ucznia lorda Smocze Oko.<br />
Ludzie wrzeszczeli i tupali nogami. Teraz i tylko teraz zwyczajny człowiek mógł zobaczyć jedną z potężnych bestii – najpierw jej widok w lustrze, gdy smok kroczył po piasku, żeby dokonać wyboru. Potem miała nadejść majestatyczna chwila zjednoczenia, kiedy nowy uczeń położy ręce na perle, a smok przybierze widzialną postać.<br />
Gongi uciszyły rozochoconą tłuszczę.<br />
– Oto nastąpi ostatni pokłon! Oto jeden chłopiec zostanie wyniesiony do chwały zjednoczenia ze Szczurzym Smokiem!<br />
Głos gongów tym razem został zagłuszony dzikim aplauzem widzów. Heroldowie zbiegli na bok i stanęli rzędem pod murkiem, gdzie czekali na ogłoszenie imienia ucznia.<br />
Z pochylni wynurzył się lord Ido. Kiedy zmierzał do lustra Szczurzego Smoka, cesarscy trębacze i bębniarze zagrali uroczystą melodię – zrazu cicho, potem coraz głośniej. Przed nami pojawił się sędziwy urzędnik, który wcześniej rozmawiał z moim mistrzem.<br />
– Wstańcie – powiedział – i ustawcie się w szeregu od numeru pierwszego do dwunastego, gotowi do ostatniego pokłonu.<br />
Wryłam miecze w piasek, żeby się na nich wesprzeć. W sposób niewybaczalny złamałam zasady, ale nic mnie to już nie obchodziło. Ledwo się trzymałam na nogach, a głowę rozsadzał łomot bębnów. Pomimo to skrzyżowałam miecze na znak pozdrowienia i poczłapałam za Quonem. Podniecona, skrzesałam w sobie resztkę sił, wyprostowałam się i ruszyłam naprzód. Może jeszcze tliła się dla mnie nadzieja? Ustawiliśmy się przed lustrem Szczurzego Smoka i w rozjaśnionym szkle zobaczyłam pozostałych kandydatów: twarze poszarzałe ze strachu, lecz podniesione czoła i wypięte piersi. Każdy starał się pokonać zmęczenie.<br />
Instrumenty nagle zamilkły.<br />
Lord Ido odwrócił się do lustra. Stanął w rozkroku, jakby opierał się naporowi wiatru, i uniósł ramiona. W lustrzanym odbiciu patrzyłam, jak jego wzrok przesuwa się po twarzach chłopców. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Zadrżałam. W jego oczach srebrzyła się hua, podstawowa energia, obdzierająca jego oblicze ze wszelkich uczuć. Uciekłam wzrokiem od tej surowej miny.<br />
– Jeden z nich jest godzien! – zawołał do lustra głosem będącym dziwną mieszaniną rozkazu i błagania. – Wskaż nam tego, który będzie ci służył!<br />
Na trybunach wszyscy bez wyjątku wychylali się z ławek ze wstrzymanym oddechem i oczami skierowanymi na jasne lustro.<br />
Ponad rzeźbionym złotym szczurem zafalowało powietrze. Z wolna w szkle ukazał się wielki pazur. Nad pięcioma opalowymi szponami mieniły się bladoniebieskie łuski. Szczurzy Smok schodził ze swojego stanowiska; jego przezroczyste ciało uzyskiwało widzialną formę tylko w lustrze, kiedy się przed nim przesuwał. Odbicie czegoś, czego nie ma. Po raz pierwszy w życiu oglądałam całą postać jednej z duchowych bestii. Moje pełne zdumienia westchnienie łączyło się z westchnieniami widowni. W szkle ujawniła się najpierw potężnie umięśniona przednia noga. Na ramieniu i podbrzuszu masywnego torsu błękit łusek nabrał mrocznego odcienia morskiej toni. Potem ukazała się broda: białe włosy gęste i zebrane w koński ogon. Przez mgnienie oka pod grubymi kosmykami widziałam smoczą perłę – źródło jego wiedzy i potęgi; zatknięta na szyi, jarzyła się niebieskim światłem.<br />
Perłę szybko przesłoniła rozwarta paszcza; delikatne łuski i szlachetne chrapy podkreślały rozmiary zakrzywionego kła, który sterczał spod górnej wargi.<br />
Smok odwrócił się i popatrzył na cesarza. W lustrze odbijało się duże, czarne oko i zakręcone rogi nad szerokim czołem. Usłyszałam głuchy pomruk tłumu, kiedy przednie nogi stanęły na piasku, a w lustrze giętkie ciało rozpostarło się do pełnej długości. Potem zwinęło się jak wąż i opadło za nim. Niewidoczny ciężar wzbił chmurę piasku, który osiadł na grzbiecie i wyrysował migotliwe kontury. Smok potrząsnął głową, sypiąc piaskiem na boki, po czym obejrzał swoje odbicie w lustrze. Niezmierzona głębia jego oczu nadawała mu wyraz smutku. Na ramionach rozpostarły się dwie bladoniebieskie błony, które zafalowały w słońcu niczym mokry jedwab i z powrotem się złożyły. Ciężka głowa obróciła się w naszą stronę. W lustrze widzieliśmy wyraźną linię kręgosłupa i bujną, białą grzywę. Chociaż jego oczy były teraz ukryte, wiedziałam, że nas bada, wybiera sobie ucznia.<br />
Piasek przed lustrem poruszył się, kiedy smok postąpił do przodu. Koło mnie Quon stężał z przyśpieszonym oddechem. Lanell modlił się szeptem. Próbowałam przełknąć ślinę, ale nie chciała przejść przez suche gardło. Na piasku z szelestem przesuwał się olbrzymi wężowy ślad, gdy smok się zbliżał; ogon kiwający się z gracją przykuwał oczy do lustra. Coś zaczęło się we mnie gotować, jakby bąbelki przebijały się na powierzchnię wrzącej wody. Czyżby tak się objawiała moc smoka? Popatrzyłam na kandydatów. Niektórzy wyłamali się z szeregu i cofnęli o krok. Baret odsuwał się bokiem. Dillon jakoś wytrwał. W piasku powstawały głębokie dołki w miejscach, gdzie wbijały się pazury smoka. W lustrze jego głowa kiwała się jak pysk psa węszącego na wietrze. Zwrócił się do Bareta.<br />
Przez moje ciało przepływał rwący potok energii. Zmrużyłam oczy, próbując przywołać mentalną wizję. Może podejdzie do mnie, jeśli pokażę mu, co potrafię? Tępe dudnienie w głowie stawało się nie do zniesienia. Smok roziskrzył się i odsłonił moim zmysłom. Czułam, jak spija mi z ciała energię. Gwałtownie obrócił głowę i z wystawionym niebieskim jęzorem smakował moją moc. Zrobił kilka kroków, potem się cofnął. Zaciskałam zęby, nie chcąc, żeby znikł, lecz upływ sił był zbyt wielki. Smok przepadł, a nagłe przerwanie połączenia sprawiło, że się zatoczyłam.<br />
Krzyki widowni przyćmiły hałas trąb i bębnów. Spojrzałam na lustro. Czy już po wszystkim? Smok uniósł szpon i przeorał powietrze, kilka razy strzelił ogonem i przyskoczył do mnie. Nie widziałam go, lecz czułam na policzku gorący oddech. Pachniał wanilią i pomarańczami. Czyżby zamierzał mnie wybrać? Usiłowałam ponownie wywołać mentalną wizję, lecz głowa pękała mi z bólu i od pulsującej energii. W twarz sieknął mnie wzbity wysoko obłok piasku. Quon przysłonił oczy i skulił się, kiedy między nami przetoczyło się niewidzialne cielsko. Ciężki ogon otarł się o moją nogę, poczułam twarde mięśnie. Oszołomiona, pobiegłam wzrokiem do odbicia w lustrze. Smok wyprężył się za mną, żar jego ciała ogrzewał mi plecy. Zostałam wybrana? Zauważyłam, że lord Ido biegnie w moją stronę. Jego oczy nie były już puste i szeroko otwarte; mrużył je z wściekłością. Zapewne zauważył, że przywołuję bestię.<br />
Smok raptownie obrócił się i spojrzał na cesarza ponad ciemnym lustrem. Przechylił głowę na bok i wrzasnął. Ów wrzask przypominał pisk polującego orła, tyle że był stokroć donośniejszy. Upadłam na kolana, wypuściłam z rąk miecze i zatkałam uszy. Wrzask rozbrzmiewał w mojej głowie, paraliżował zmysły. Przepływ energii zwalił mnie na ziemię. Przestałam czuć żar na plecach.<br />
Z trudem unosząc głowę, patrzyłam, jak wężowy ślad przemieszcza się wzdłuż szeregu kandydatów. Opuszczał mnie. Lustro pokazywało, że zatrzymał się przed Baretem i Dillonem. Z powtórnym wrzaskiem zwierz rzucił się na Dillona, okrążył go niby trąba powietrzna, a przy tym smagnął ogonem Bareta i powalił go na ziemię. Najbliżej stojący kandydaci pierzchli na boki. Quon chwycił mnie za rękaw tuniki i pociągnął do tyłu. Wyrwałam się z jego uchwytu; nie mogłam się oddalać, na wypadek gdyby smok po mnie wrócił.<br />
Na krótką chwilę drobna postać Dillona zginęła w piaszczystej zawiei. W końcu wir piasku wybuchł niby wulkan i posypał się kłującym deszczem na mnie i pozostałych kandydatów. Tylko Dillon pozostał nietknięty. Stał z zadartą głową i twarzą zastygłą w wyrazie niepomiernego zadziwienia. Spojrzałam na lustro. Patrzył smokowi prosto w oczy, a wężowe cielsko unosiło się nad nim niby sierp księżyca. Smok pochylał się, aż znalazł się o włos od twarzy Dillona. Olbrzymi łeb powoli się uniósł i odsłonił migotliwą perłę, ukrytą pod brodą. Dillon wyciągnął ręce i objął perłową kulę. Wypłynął z niej niebieski płomień; zjednoczenie chłopca i smoka nastąpiło w potokach srebrzystego hua, które nadały smokowi dostrzegalny wygląd. Widzowie z westchnieniem przenosili spojrzenie z lustra na dwie rozjarzone postacie na piasku. Kolory smoka zgasły w blasku energii, lecz czerwona tunika Dillona przykuwała wzrok niczym kałuża krwi. Bestia zamknęła oczy i zawołała donośnym krzykiem, w którym dźwięczało jedno, jedyne pytanie.<br />
Dillon odrzucił w tył głowę. Jego łagodne, okrągłe oblicze nagle się rozciągnęło i nabrało ostrzejszych rysów.<br />
– Tak, słucham cię! – wrzasnął, jakby odpowiadał na pytanie smoka. – Mam na imię Dillon. Słucham cię!<br />
Zwierz wydobył z gardzieli świdrujący, triumfalny wrzask, który wzniósł się ponad ryk widowni.<br />
Poleciałam w bok, kiedy popchnął mnie przebiegający obok lord Ido.<br />
– Do tyłu! – rozkazał, kiwając głową na kandydatów ściśniętych pod lustrem. – Nie pętajcie się pod nogami!<br />
Kroczył raźno po piasku, aż zatrzymał się przed smokiem i zespolonym z nim chłopcem. Podniosłam miecze i cofnęłam się. Z każdym krokiem miałam wrażenie, że coś się we mnie rozrywa. Lord Ido pokłonił się nisko smokowi, następnie zaparł się nogami w piasek i oderwał Dillona od perły. Srebrzysta energia zatańczyła na chłopcu, przeskoczyła na mężczyznę. Lord Smocze Oko odrzucił w tył głowę. Wycie zwierza mieszało się z krzykami Dillona, rozpaczającego z powodu rozłąki. W tym momencie smok rozpłynął się w powietrzu. Lord Ido chwycił bezwładne ciało chłopca i wsparł go, żeby przyjrzały mu się tłumy. Popatrzyłam na lustro. Szczurzego Smoka już nie było.<br />
Lord Ido skinął głową na cesarskich heroldów.<br />
– Oto wybór! – ogłosili heroldowie. – Oto Dillon, nowy uczeń szczurzego lorda Smocze Oko.<br />
Widownia zerwała się z ławek, skandując:<br />
– Dillon! Dillon!<br />
Poruszył się i spojrzał na wiwatujących ludzi. Uradowany, resztką sił stanął na równych nogach. Lord Ido chwycił go za rękę, uniósł ją i zaczął okrążać arenę ze zwycięzcą.<br />
Nienawiść rozpaliła mnie jak gorączka, wybuchła żywym płomieniem. Miecze drgnęły, zachęcone tym żarem. Aż równie szybko nienawiść wygasła i pozostawiła po sobie rozległą, bolesną pustkę. Spojrzawszy spod oka na Quona i Lanella, dostrzegłam na ich twarzach ten sam wyraz grobowej martwoty.<br />
Zawiedliśmy.<br />
Zawiodłam…<br />
Quon szlochał, lecz jego płacz zagłuszały owacje widowni.<br />
Ktoś mnie chwycił za ramię.<br />
– Eon, chodź tędy – rozległ się czyjś głos nad moim uchem. Był to Van. Na jego łagodnej twarzy malowało się współczucie.<br />
Urzędnicy wyprowadzali skrajem areny resztę kandydatów. Obejrzałam się na Dillona. Czemu akurat on? Szczurzy Smok podszedł najpierw do mnie. Czemu bestia odeszła? A może potwierdziła się tylko bolesna prawda: żaden smok nie wybierze kaleki?<br />
Mój mistrz położył wszystko na jednej szali i przegrał. Podniosłam wzrok na trybuny. Nietrudno było go wypatrzyć: samotny, nieruchomy, jedyna postać na miejscach przeznaczonych dla heurysów. Chciałam uciekać, wybiec z areny, byle dalej od jego rozpaczy, byle dalej od jego pięści i nachalnego dotyku. Namacałam ukrytą monetę. Nadal ją miałam; naciągała materiał. Ale nawet gdybym postanowiła umknąć, nie uszłabym daleko. Ostatkiem sił trzymałam się na nogach, nie było więc mowy o bieganiu.<br />
Poczłapałam za Vanem do miejsca, gdzie czekali pozostali przegrani kandydaci. Obserwowali żywiołowe poruszenie wokół osoby Dillona: heroldowie kierowali tłumem, muzycy zebrani w dwóch kolumnach uderzali w triumfalne tony. Inny urzędnik pociągnął mnie do rozsypanego szeregu. Quon wpadł na mnie z twarzą zapłakaną i szarą ze zmęczenia. Ruszyliśmy. Z przodu ktoś potknął się i został pchnięty na swoje miejsce. Usłyszałam krótkie polecenie i poczułam, że Van idzie przy mnie krok w krok i pilnie mi się przygląda.<br />
– Wezmę ci miecze, dobrze? – zaproponował w końcu.<br />
Zapomniałam już, że je niosę, a przecież ich ciężar powiększał moje męczarnie. Z trudem uniosłam brzeszczoty i z jeszcze większym trudem puściłam rękojeści.<br />
– Już prawie jesteśmy na miejscu – rzekł Van.<br />
– Czyli gdzie? – Zwilżyłam wargi. Czyżbyśmy nie szli do beczki z wodą?<br />
– Musicie się pokłonić cesarzowi.<br />
Popatrzyłam na niego, szukając sensu w jego słowach. Pokłonić się… cesarzowi…<br />
– A później woda?<br />
Kiwnął głową.<br />
– Niebawem.<br />
Zatrzymaliśmy się pod ciemnym lustrem, gdzie wcześniej czekaliśmy na pojedynek. Cesarz przyglądał się uroczystościom na środku areny, myśmy go nie interesowali. Jakiś roztrzepany urzędnik wypchnął do przodu Hannona i kazał mu się pokłonić. Hannon osunął się na kolana i z drżeniem skrzyżował miecze na znak pozdrowienia. Przez chwilę myślałam, że już się więcej nie podniesie, ale w końcu się pozbierał i został odprowadzony na drugą stronę lustra. Przyszła kolej na Callana, który pomału, bo pomału, ale złożył należny pokłon. Quona trzeba było podprowadzić do lustra i opuścić na piasek. Dostrzegłam jego wynędzniałe oblicze, kiedy go podnoszono. Gdyby ludzie umierali z rozczarowania, Quon spotykałby się już ze swoimi przodkami.<br />
Następna byłam ja. Van podał mi miecze.<br />
– Potrzebujesz pomocy? – zapytał.<br />
Zacisnęłam palce na rękojeściach i poczułam niemrawy przypływ starożytnej mocy – wystarczający, żebym miała siłę dowlec się do lustra. Potrząsnęłam głową i ruszyłam po zrytym piasku.<br />
Środek lustra miał zielonkawy połysk czarnej perły. Mój mistrz niegdyś nosił klejnot z taką perłą, później wymieniony na żywność. Nie zostały mu już żadne klejnoty do sprzedania, jedynie nieudaczni służący. Przez chwilę stałam wpatrzona w lustro, zbierając w sobie siły do klęknięcia. Gęsty mrok dziwnie koił zmysły. Nagle zmrużyłam oczy, ukłute jasną błyskawicą.<br />
Znienacka u góry lustra zajaśniała promienista linia, która niczym zapalony lont przesuwała się w dół. Dzieląc szkło na dwie płaszczyzny, rozpraszała ciemność oślepiającym blaskiem, który zwalił mnie z nóg. Miecze wypadły mi z rąk. Wyrżnęłam plecami o piasek z takim rozmachem, że wszystko się we mnie zatrzęsło i straciłam oddech. Ponad lustrem dostrzegłam cesarskich gwardzistów, pochylających się z przesłoniętymi oczami. Czyżbym zrobiła coś złego? Wreszcie udało mi się wciągnąć powietrze w płuca. Za mną miarowe odgłosy uroczystości załamały się, instrumenty gubiły melodię i milkły, ludzie krzyczeli.<br />
Energia z sykiem opływała moje ciało. Z lustra wylewała się duża, bezkształtna czerwień. Ziemia zadrżała i chmury piasku wzbiły się nad arenę. Ludzie zmykali, potykali się w popłochu – urzędnicy, widzowie i kandydaci pospołu. Odbicie w lustrze przedstawiało krajobraz falującej czerwieni i pomarańczu. Stanęłam na nogi, walcząc z potężnym naporem energii.<br />
Jaskrawe kolory płynęły po szkle niczym wzburzona rzeka ognia i nagle znieruchomiały. Nareszcie mogłam rozróżnić jakieś kształty: szlachetnie zarysowaną paszczę z okrągłym obrysem chrapy. Dwukrotnie większą niż paszcza Szczurzego Smoka. I w końcu zobaczyłam okrągłe oko, nie mniejsze od koła powozu. Spozierało na mnie z lustra.<br />
Kolejny smok. Smok, którego nigdy wcześniej nie widziałam.<br />
Obraz znów się przesunął. Czerwienie, pomarańcze i żółcie obróciły się z oszałamiającą prędkością, aż ukazały się zagięte rogi nad gęstą grzywą, mieniącą się kolorami brązu i złota. Smok doszczętnie wypełnił sobą powierzchnię lustra. Powietrze nabrzmiało żarem. Usłyszałam, jak po piasku sunie olbrzymi ciężar. Na lewo i prawo ode mnie pojawiły się głębokie bruzdy. Wyciągając rękę na oślep, musnęłam aksamitne, pofałdowane łuski. Zaraz cofnęłam dłoń. Poczułam na języku głęboką słodycz cynamonu i prawie jednocześnie gorący oddech na włosach. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie, stojącą między przednimi nogami bestii – maleńką, czerwoną kruszynę, prawie niewidoczną na tle ciemnego szkarłatu smoczej piersi. Szeroka paszcza wisiała nad moją głową, kieł praktycznie mnie dotykał. Obróciłam się na pięcie.<br />
Nade mną wiły się sploty najprawdziwszego smoka! Mogłam go zobaczyć. Ruch potężnych mięśni. Delikatny wzór na łuskach z falistymi brzegami. Połysk złotawej perły, ukrytej pod brodą. Pochylił głowę i przyjrzał mi się z bliska. Jego prawieczne spojrzenie wciągało mnie w światło i mrok, słońce i księżyc, lin i gan. Był narodzinami i śmiercią, samą esencją hua.<br />
Oto powracał Lustrzany Smok. Zaginiony Smok.<br />
Wielka głowa uniosła się, bym dotknęła perły. Dzielił się swoją mocą.<br />
Uniosłam ręce z wahaniem. Czułam głuche dudnienie energii klejnotu. Tak wielka ilość czystego hua – jak to się dla mnie skończy?<br />
Twarz owiało mi ciepłe tchnienie o korzennym aromacie. Nim się spostrzegłam, perła mocno wcisnęła się w moje dłonie, ogrzana ciałem smoka. Z jej powierzchni odrywały się złociste płomyki, których jedwabiste ukłucia lekko łaskotały. Usłyszałam gromki aplauz tłumu.<br />
Ludzie też go widzieli. Widzieli, jak Lustrzany Smok mnie wybiera – mnie, kulawego Eona.<br />
Rozlegały się jednak coraz głośniejsze okrzyki. Wyrwałam się spojrzeniem spod władzy Lustrzanego Smoka. Ludzie pokazywali coś palcami, kulili się w ławkach, uciekali w panice. Nad lustrami zmaterializowały się wszystkie smoki: jedenaście rosłych, wyrazistych postaci. Skóra na ich grzbietach pyszniła się barwami, w porównaniu z którymi kosztowne jedwabie wystraszonych bogaczy wydawały się wypłowiałe. Woli Smok wyciągnął w moją stronę ametystowy pazur; ciemny fiolet na jego nogach przechodził w spokojny odcień nieba o zmierzchu. Tygrysi Smok pochylił szmaragdową głowę w ukłonie, prezentując swoją bujną grzywę w kolorze mchu, upstrzoną miedzianymi cętkami. Obracając się, patrzyłam na inne smoki. Ledwie miałam czas zauważyć jutrzenkowy róż Króliczego Smoka, odważny pomarańcz Końskiego Smoka czy srebro Koźlego Smoka.<br />
Wszystkie na mnie patrzyły swoim duchowym spojrzeniem.<br />
Na arenie panował nieopisany harmider. Muzycy i urzędnicy gnali w stronę pochylni, ludzie wszelkiej rangi i pokroju wdrapywali się po ławkach na wyższe trybuny. W tym zgiełkliwym tumulcie jedna nieruchoma postać przyciągnęła mój wzrok. Lord Ido. Gapiąc się z osłupieniem, raz po raz zaciskał pięści. Z obróconą głową oglądał krąg smoków. Wszystkie się kłaniały Lustrzanemu Smokowi. Również mnie się kłaniały. Nawet Szczurzy Smok, ascendent. Jedenaście mocarnych bestii chyliło głowy w posłusznym ukłonie. Ogromne perły odbijały się w pierścieniu luster niczym naszyjnik należący do bogów.<br />
Lord Ido, mrużąc oczy, zwrócił się twarzą do Szczurzego Smoka i zaparł się z pochylonymi plecami, jakby ktoś mu złożył na ramiona wielkie brzemię. Pomału uniósł ręce, spijając energię ziemi. Niezwykle wyraźnie widziałam, jak przepływa przez jego ciało – tak samo jak widziałam płomienie siedmiu ośrodków mocy. Przywoływał Szczurzego Smoka. Słyszałam jego zew, wywołujący we mnie dziwne drżenie. Domagał się uwagi. Powoli, opornie, niebieski smok uniósł głowę. Lord Ido opuścił ręce, obrócił się i skierował na mnie spojrzenie. Wydało mi się, że harde rysy jego twarzy wykrzywia przerażenie. Zaraz się wszakże uśmiechnął – wolno odsłonił zęby – i już wiedziałam, że to nie strach, lecz głód.<br />
Lustrzany Smok nade mną zamruczał. Poczułam, jak przenika mnie coś ulotnego, niczym szept na granicy świadomości. Wiedziałam, że to coś ważnego. Przyłożyłam ucho do perły i nasłuchiwałam ze wstrzymanym oddechem. Dźwięk płynący do mnie naciskał na niewidoczną zaporę. Wychwyciłam śpiewny szelest, pozbawiony formy i znaczenia, który po chwili ucichł jak westchnienie. Rozłożyłam palce na twardej, aksamitnej powierzchni perły, prosząc w myślach, żeby pozwolono mi spróbować jeszcze raz. Ale nie było powtórki.<br />
Perła poruszyła się pod moimi rękami, kiedy smok uniósł głowę. Wezwał mnie przeraźliwym wrzaskiem, który przenikał mnie na wskroś, docierał na samo dno jestestwa. Nie miałam się gdzie schronić przed srebrzystym potokiem energii. Obnażał moje wnętrze, zdzierał powłokę Eona. Aż odnalazł Eonę.<br />
Prawdziwe imię rozpierało mnie od środka, wywleczone z zakamarków mojej świadomości. Musiałam wykrzyczeć światu swoje imię, uświęcić prawdę o naszym zjednoczeniu. Tego żądał smok.<br />
Nie!<br />
Zabiją mnie! Zabiją mojego mistrza! Zacisnęłam zęby. Imię dudniło mi w głowie, waliło kowalskim młotem, wynosiło mnie na nowe pułapy bólu. Eona! Eona! Eona!<br />
Nie! Wydałabym na siebie wyrok śmierci. Odsunęłam twarz od perły, lecz ręce nie chciały się ruszyć, przykute tętniącą energią. Krzyknęłam, próbując przegnać z myśli to imię. Wtórował mi przeciągły wrzask Lustrzanego Smoka. Imię wciąż jednak dobijało się do mojej świadomości, wzmocnione siłą smoczej woli. Nie mogłam go odeprzeć. Lada chwila wydrze mi się z piersi.<br />
– Jestem Eon! – krzyknęłam. – Eon!<br />
Naparłam mocniej na perłę. Na moich rękach iskrzyła się energia. I nagle szarpnęłam się do tyłu. Przez ułamek chwili odczuwałam tylko nieznośny ból. W końcu dłonie się wyswobodziły i upadłam. Upadłam w czarną przepaść, ziejącą uczuciem straty i samotności.<br />
______________________<br />
<strong>EON. Powrót Lustrzanego Smoka</strong><br />
Alison Goodman, przekład: Dariusz Kopociński<br />
Format: 144 x 208 mm, Stron: 576, Cena: 39,90 zł<br />
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami; ISBN: 978-83-60848-98-2</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.miastofantastyki.pl/2010/02/21/eon-powrot-lustrzanego-smoka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Faza druga: Głód</title>
		<link>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/24/faza-druga-glod/</link>
		<comments>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/24/faza-druga-glod/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 24 Jan 2010 11:14:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jaguar</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Gone: Zniknęli]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Grant]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.miastofantastyki.pl/?p=7005</guid>
		<description><![CDATA[Przeczytaj fragment drugiej części serii GONE: Zniknęli. Premiera książki już 24 lutego. Astrid usłyszała Sama, zanim go zobaczyła. Perdido Beach zawsze było małym sennym miasteczkiem, a teraz przez większość czasu panowała tu cisza niczym w kościele. Sam przemierzał dom, wołając ją po imieniu w kolejnych pomieszczeniach. – Sam! – krzyknęła. Nie usłyszał jej jednak do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przeczytaj fragment drugiej części serii GONE: Zniknęli. Premiera książki już 24 lutego.<br />
<span id="more-7005"></span><br />
<img src="http://www.miastofantastyki.pl/wp-content/uploads/2010/01/gone.jpg" alt="" title="gone" width="290" height="140" class="alignnone size-full wp-image-7007" style="display:none"/><img src="http://www.miastofantastyki.pl/wp-content/uploads/2010/01/bn22644-200x300.jpg" alt="" title="Gone 2 okładka" width="200" height="300" class="alignnone size-medium wp-image-7006" />Astrid usłyszała Sama, zanim go zobaczyła. Perdido Beach zawsze było małym sennym miasteczkiem, a teraz przez większość czasu panowała tu cisza niczym w kościele.<br />
Sam przemierzał dom, wołając ją po imieniu w kolejnych pomieszczeniach.<br />
– Sam! – krzyknęła. Nie usłyszał jej jednak do chwili, gdy otworzył tylne drzwi i wyszedł na taras.<br />
Jedno spojrzenie wystarczyło, by wiedzieć, że stało się coś strasznego. Sam nie umiał ukrywać swoich uczuć, przynajmniej nie przed nią.<br />
– Co jest? – spytała.<br />
Nie odpowiedział, tylko przeszedł przez zachwaszczony, nierówny trawnik i ją objął. Przytuliła się do niego, cierpliwa, wiedząc, że wszystko jej opowie, gdy tylko będzie mógł się na to zdobyć.<br />
Zanurzył twarz w jej włosach. Jego oddech owionął kark Astrid, połaskotał ją w ucho. Cieszyła się, czując jego ciało przy swoim. Cieszyła się, że potrzebował jej bliskości. A jednak w tym uścisku nie było nic romantycznego.<br />
W końcu ją puścił. Podszedł do huśtawki, by wyręczyć ją w bujaniu małego Pete’a, zdawało się, że potrzebuje jakiejś fizycznej czynności.<br />
– E.Z. nie żyje – oznajmił bez ogródek. – Jeździliśmy po polach z Ediliem. Ja, Edilio, Albert i E.Z., którego zabraliśmy, żeby było weselej. Wiesz. Był z nami bez żadnego powodu, po prostu chciał jechać, a ja się zgodziłem, bo mam wrażenie, że ciągle mówię wszystkim nie, nie i nie, a teraz on nie żyje.<br />
Popychał huśtawkę mocniej niż ona. Mały Pete omal nie spadł w tył.<br />
– O Boże. Jak to się stało?<br />
– Robaki – odrzekł z przygnębieniem. – Jakieś dżdżownice. Albo węże. Nie wiem. Na blacie kuchennym leży taki jeden, martwy. Liczyłem, że ty&#8230; Nie wiem, na co liczyłem. Wydaje mi się, że jesteś specjalistką od mutacji. Mam rację?<br />
Zdanie o specjalistce wypowiedział z cierpkim uśmiechem. Astrid nie była specjalistką w żadnej dziedzinie. Była po prostu jedyną osobą, której chciało się podjąć próbę usystematyzowania wydarzeń w ETAP-ie w sposób naukowy.<br />
– Bujaj go dalej – zakomenderowała Astrid, wchodząc do domu.<br />
Znalazła stworzenie w foliowym woreczku na blacie w kuchni. Wyglądało bardziej jak wąż niż dżdżownica, ale z pewnością nie było zwykłym wężem.<br />
Ostrożnie nacisnęła folię, w nadziei, że to coś naprawdę nie żyje. Rozłożyła na granitowym blacie płachtę woskowanego papieru i wyrzuciła na nią dżdżownicę. Otworzyła szufladę i wyciągnęła taśmę mierniczą, po czym nie bez trudu ułożyła ją przy wykręconym stworzeniu.<br />
– Dwadzieścia osiem centymetrów – zanotowała w pamięci. Następnie znalazła swój aparat fotograficzny i zrobiła kilkanaście zdjęć ze wszystkich stron, po czym za pomocą widelca włożyła gigantyczną dżdżownicę z powrotem do foliowego woreczka.<br />
Skopiowała zdjęcia do laptopa. Przeciągnęła je do folderu opisanego jako „Mutacje – Zdjęcia”. Zawierał dziesiątki fotografii. Ptaki z dziwnymi pazurami lub dziobami. Węże ze skrzydełkami. Kolejne zdjęcia ukazywały większe węże z dłuższymi skrzydłami. Jedno, zrobione z pewnej odległości, zdawało się przedstawiać grzechotnika wielkości małego<br />
pytona ze skórzastymi skrzydłami ogromnymi jak u orła. Miała też niewyraźne zdjęcie kojota dwa razy większego od zwykłych kojotów. I zbliżenie martwego kojociego pyska, w którym znajdował się dziwnie skrócony język o przerażająco ludzkim wyglądzie. Była też seria groteskowych plików .jpg z kotem, który stopił się w jedno z książką.<br />
Inne zdjęcia przedstawiały dzieciaki, w większości wyglądające normalnie, choć chłopak zwany Orkiem kojarzył się nieco z potworem. Miała fotografię Sama, z którego rąk tryskało zielone światło. Nie cierpiała jej, bo Sam miał bardzo smutny wyraz twarzy, gdy demonstrował swoją moc przed obiektywem.<br />
Astrid otworzyła zdjęcia i użyła funkcji zbliżenia, by lepiej się im przyjrzeć.<br />
Do pomieszczenia wszedł mały Pete, a w ślad za nim Sam.<br />
– Spójrz na ten pysk – powiedziała oszołomiona Astrid.<br />
Otwór gębowy stworzenia wyglądał jak u rekina. Nie dało się policzyć tych setek małych ząbków. Zdawał się uśmiechać, nawet martwy.<br />
– Dżdżownice nie mają zębów – stwierdziła dziewczyna.<br />
– Nie miały. Teraz mają – odparł Sam.<br />
– Widzisz te wyrostki ze wszystkich stron jej ciała? – Zmrużyła oczy i jeszcze bardziej przybliżyła obraz. – Wyglądają jak, no nie wiem, miniaturowe płetwy. Jak kończyny, tyle że maleńkie i są ich tysiące.<br />
– Wlazły do wnętrza E.Z. Myślę, że przedostały się przez jego ręce. Przez buty. Przez jego skórę.<br />
Astrid zadrżała.<br />
– Te zęby przewierciłyby się przez wszystko. Odpychają się tymi nóżkami, kiedy już się znajdą w ciele ofiary.<br />
– Na tym polu są ich tysiące – powiedział Sam. – E.Z. tam wszedł i go zaatakowały. Ale ja, Albert i Edilio zostaliśmy, nie weszliśmy na pole, a one zostawiły nas w spokoju.<br />
– Terytorialność? – Astrid zmarszczyła brwi. – Bardzo niezwykłe u prymitywnych zwierząt. Terytorialność to zwykle cecha wyżej rozwiniętych stworzeń. Terytorialne są psy, a nie dżdżownice.<br />
– Traktujesz to bardzo spokojnie – zauważył Sam niemal oskarżycielskim głosem.<br />
Popatrzyła na niego i wyciągnęła rękę, by delikatnie odwrócić go od tego strasznego obrazu, zmuszając go, by w zamian popatrzył na nią.<br />
– Nie przyszedłeś do mnie, żebym uciekła z krzykiem i żebyś mógł pokazać, jaki jesteś dzielny i opiekuńczy.<br />
– Nie – przyznał. – Przepraszam. Masz rację. Nie przyszedłem do Astrid, swojej dziewczyny. Przyszedłem do Genialnej Astrid.<br />
Astrid nigdy nie przepadała za tym przezwiskiem, ale je zaakceptowała. Zapewniało jej jakieś miejsce w oszołomionej, przestraszonej społeczności ETAP-u. Nie była Brianną, ani Dekką, ani Samem, kimś obdarzonym wielką mocą. Miała swój mózg i umiejętność myślenia w sposób uporządkowany, gdy było to konieczne.<br />
– Przeprowadzę sekcję i zobaczymy, czego się dowiem. Dobrze się czujesz?<br />
– Jasne. Dlaczego nie? Dziś rano byłem odpowiedzialny za 332 osoby. Teraz odpowiadam tylko za 331. Jakaś część mnie niemal myśli: dobra, jedna gęba mniej do wykarmienia.<br />
Astrid nachyliła się i lekko pocałowała go w usta.<br />
– Tak, kiepsko być tobą – powiedziała. – Ale nie mamy innego ciebie.<br />
W odpowiedzi zobaczyła słaby uśmiech.<br />
– To co, mam się zamknąć i wziąć do roboty? – spytał.<br />
– Nie, nigdy się nie zamykaj. Mów mi wszystko. Mów mi, co chcesz.<br />
Spuścił spojrzenie, uciekając przed kontaktem wzrokowym.<br />
– Wszystko? Dobra, co powiesz na to: spaliłem ciało E.Z. Spaliłem te zmasakrowane szczątki, które zostawiły dżdżownice.<br />
– On nie żył, Sam. Co miałeś zrobić? Zostawić go ptakom i kojotom?<br />
Skinął głową.<br />
– Tak. Wiem. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że kiedy się palił&#8230; pachniał jak pieczone mięso, a ja&#8230; – Zamilkł, nie mogąc mówić dalej. Poczekała, aż zapanuje nad emocjami. – Martwy szóstoklasista się palił, a mnie pociekła ślina.<br />
Astrid mogła to sobie z łatwością wyobrazić. Jej też ciekła ślina na samą myśl o pieczonym mięsie.<br />
– To normalna reakcja psychiczna. Ta część twojego mózgu reaguje automatycznie.<br />
– Tak – powiedział bez przekonania.<br />
– Słuchaj, nie możesz rozczulać się nad sobą, bo stało się coś złego. Jeśli poddasz się poczuciu beznadziei, zarazisz tym wszystkich innych.<br />
– Nie potrzebują mojej pomocy, żeby mieć poczucie beznadziei – odparł.<br />
– I pozwolisz mi, żebym cię ostrzygła – powiedziała Astrid, przyciągając go bliżej i jedną ręką tarmosząc mu włosy. Chciała odwrócić jego myśli od porannego nieszczęścia.<br />
– Co? – Wydawał się zdezorientowany nagłą zmianą tematu.<br />
– Wyglądasz, jakbyś uciekł z jakiegoś zespołu z lat siedemdziesiątych. Poza tym – dodała – Edilio poprosił, żebym obcięła mu włosy.<br />
Sam pozwolił sobie na uśmiech.<br />
– Tak. Widziałem. Może to dlatego bezwiednie nazywam go Bartem Simpsonem.<br />
Gdy zgromiła go wzrokiem, dodał:<br />
– Wiesz, ta nastroszona fryzura&#8230;<br />
Próbował ją pocałować, ale się cofnęła.<br />
– O, taki jesteś mądry? – powiedziała. – A może po prostu ogolę ci głowę? Albo wydepiluję woskiem? Obrażaj mnie dalej, to ludzie będą cię nazywać Homerem Simpsonem, a nie Bartem. Wtedy zobaczymy, czy Taylor będzie robiła do ciebie maślane oczy.<br />
– Wcale nie robi do mnie maślanych oczu.<br />
– Akurat. – Odepchnęła go żartobliwie.<br />
– Tak czy siak, może dobrze bym wyglądał tylko z dwoma włosami – rzucił. Spojrzał na swoje odbicie w szklanych drzwiczkach mikrofalówki.<br />
– Czy znasz znaczenie słowa „narcyz”? – spytała Astrid.<br />
Roześmiał się. Chciał ją złapać, ale zauważył, że przygląda mu się mały Pete.<br />
– No a jak tam Pete?<br />
Astrid zerknęła na braciszka, który przycupnął na kuchennym stołku i niemo patrzył na Sama. A przynajmniej w jego kierunku. Nigdy nie była pewna, na co malec tak naprawdę patrzy.<br />
Chciała powiedzieć Samowi, co się działo z małym Petem, co zaczął robić. Ale chłopak miał wystarczająco wiele kłopotów. A teraz na chwilę, co się rzadko zdarzało,<br />
przestał się martwić.<br />
Później znajdzie się czas, by mu powiedzieć, że osoba obdarzona największą mocą w całym ETAP-ie najwyraźniej&#8230; jak brzmiało właściwe określenie na to, co robił Pete?<br />
Tracił rozum? Nie, to nie było to.<br />
Nie istniał odpowiedni termin na to, co się działo z chłopcem. Tak czy owak, to nie był właściwy moment.<br />
– Wszystko z nim w porządku – skłamała. – Znasz Pete’a.</p>
<p>Lana Arwen Lazar mieszkała już w czwartym domu, odkąd przybyła do Perdido Beach. Na początku wybrała budynek, który w miarę jej się podobał. Ale to tam złapał ją Drake Merwin. Potem to miejsce nie wydawało jej się już dobre.<br />
Następnie na jakiś czas wprowadziła się do Astrid. Szybko jednak odkryła, że woli być sama, jedynie w towarzystwie swojego labradora Patricka. Wybrała więc dom w pobliżu placu. Tam jednak zbyt łatwo było do niej dotrzeć. Lana tego nie lubiła. Brakowało jej wtedy prywatności.<br />
Dysponowała mocą uzdrawiania. Odkryła ją w sobie w dniu, gdy zaczął się ETAP, a jej dziadek zniknął. Jechali wtedy jego pickupem i po nagłym zniknięciu kierowcy samochód stoczył się z bardzo wysokiej skarpy. Obrażenia, które odniosła, powinny ją zabić. I niemal zabiły. I wtedy poznała moc, która mogła zawsze drzemać w ukryciu, gdyby nie nagła, straszna potrzeba. Uleczyła siebie. Uleczyła Sama, gdy trafił go pocisk. I Cookiego, gdy miał strzaskane ramię. I wiele innych dzieci po straszliwej bitwie w Święto Dziękczynienia.<br />
Nazywano ją Uzdrowicielką. Wśród bohaterów ETAP-u ustępowała tylko Samowi Temple. Wszyscy ją podziwiali i szanowali. Niektórzy, zwłaszcza ci, których uratowała, darzyli ją czymś w rodzaju czci. Lana nie miała wątpliwości, że taki na przykład Cookie oddałby za nią życie. Dopóki go nie ocaliła, znajdował się w istnym piekle.<br />
Ale kult i nimb bohaterki nie powstrzymywał dzieciaków przed nękaniem jej o każdej porze, w dzień i w nocy, w związku z każdym, najdrobniejszym nawet bólem czy<br />
problemem: ruszającym się zębem, skórą spieczoną na słońcu, obtartymi kolanami, wybitym palcem u nogi. Wyprowadziła się z miasta i mieszkała teraz w hotelu Clifftop.<br />
Hotel stał wtulony w mur ETAP-u, nieprzebytą barierę, która ograniczała ten nowy świat.<br />
– Uspokój się, Patrick – powiedziała, gdy pies szturchnął ją głową, nie mogąc doczekać się śniadania. Lana otworzyła puszkę karmy Alpo, po czym, blokując Patrickowi przejście, wyłożyła połowę zawartości na miskę na podłodze.<br />
– Masz. Kurczę, można by pomyśleć, że nigdy cię nie karmię.<br />
Wypowiedziawszy te słowa, zaczęła się zastanawiać, jak długo będzie w stanie karmić psa. Niektóre dzieciaki zaczęły już jeść psią karmę. Po ulicach kręciły się też wychudłe psy, sama skóra i kości, które grzebały w śmietnikach wraz z dzieciakami, szukającymi odpadków, które same wyrzuciły parę tygodni wcześniej.<br />
Lana była sama w Clifftop. Setki pokoi, zarośnięty glonami basen, przecięty barierą kort tenisowy. Miała balkon, z którego rozciągał się widok na plażę poniżej i zbyt spokojny ocean.<br />
Sam, Edilio, Astrid i Dahra Baidoo – która pełniła funkcję farmaceutki i pielęgniarki – wiedzieli, gdzie jest, i mogli ją znaleźć, gdy naprawdę jej potrzebowali. Dla większości dzieciaków jednak pozostawało to tajemnicą, dzięki czemu Lana odzyskała w pewnym stopniu kontrolę nad swoim życiem.<br />
Popatrzyła tęsknie na psią karmę. Nie pierwszy raz zastanawiała się, jak smakuje. Pewnie lepiej niż przypalone obierki ziemniaków z sosem barbecue, które jadła. Kiedyś w hotelu było pełno jedzenia. Ale na polecenie Sama Albert ze swoją ekipą wszystko zabrał i zgromadził w sklepie Ralph’s. Stamtąd Drake zdołał ukraść znaczną część kurczących się zapasów.<br />
Teraz żywności nie było. Nawet w minibarach w pokojach, wypełnionych kiedyś pysznymi batonami, chipsami i orzeszkami. Teraz został tylko alkohol. Ludzie Alberta zostawili trunki, nie bardzo wiedząc, co z nimi zrobić.<br />
Lana trzymała się z dala od białych i brązowych buteleczek. Jak dotąd.<br />
Właśnie alkohol sprawił, że znalazła się na wygnaniu, z dala od swojego domu w Las Vegas. Wykradła butelkę wódki z domu swoich rodziców, jakoby dla starszego chłopaka, którego znała.<br />
Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja, którą zdołała wcisnąć rodzicom. Ale i tak wysłali ją na jakiś czas na ranczo dziadka na odludziu, żeby „przemyślała to, co zrobiła”. Teraz, w świecie ETAP-u, Lana była kimś w rodzaju świętej. Sama jednak wiedziała lepiej.<br />
Patrick skończył jeść, gdy zagotowała się kawa. Lana nalała sobie filiżankę, dorzuciła słodzik i trochę śmietanki w proszku. Znalazła te rzadkie luksusy, przeszukując wózki pokojówek.<br />
Wyszła na balkon i pociągnęła łyk.<br />
Włączyła sprzęt stereo, odtwarzacz CD, który był w pokoju. Ktoś, zapewne jakiś wcześniejszy lokator, zostawił w środku starą płytę Paula Simona, a ona ją włączyła.<br />
Była tam jakaś piosenka o ciemności. O miłej ciemności. Brzmiało to niemal jak zaproszenie. Puszczała ją bez końca, raz za razem.<br />
Czasami muzyka pomagała jej zapomnieć. Ale nie ta piosenka.<br />
Kątem oka zauważyła kogoś na plaży. Wróciła do środka i wzięła lornetkę, którą wyciągnęła z porzuconego bagażu jakiegoś turysty.<br />
Dwoje małych dzieci, najwyżej sześcioletnich, bawiło się na kamiennym pirsie, wrzynającym się w morze. Na szczęście nie było fal. Kamienie jednak przypominały miejscami ostrza brzytew, ostre i gładkie. Powinna&#8230; Później. Starczy już tej odpowiedzialności. Nie uważała się za osobę odpowiedzialną i drażniło ją, że się ją do tego zmusza.<br />
Wśród mieszkańców ETAP-u rozpowszechniały się dorosłe nałogi. Niektóre niewinne, jak kawa. Inne – trawka, papierosy i alkohol – nie były już tak niegroźne. Lana wiedziała o sześciu osobach, które regularnie piły. Próbowały nakłonić ją do leczenia kaca.<br />
Inni wypalali trawkę z torebek, znalezionych u rodziców lub starszego rodzeństwa. Można było spotkać ośmioletnie dzieciaki, dławiące się papierosowym dymem i próbujące wyglądać na wyluzowane. Raz widziała pierwszoklasistę, który próbował zapalić cygaro.<br />
Tego Lana uleczyć nie mogła.<br />
Chwilami marzyła o tym, by znowu znaleźć się w chacie Jima Pustelnika.<br />
Nie pierwszy raz naszła ją ta myśl. Często wspominała ten dziwny domek na pustyni z budzącym zdumienie trawnikiem – który teraz był już zapewne brązowy i wyschnięty. To tam znalazła schronienie po wypadku. I potem jeszcze raz, na krótko, gdy uciekła przed stadem kojotów. Sama chata doszczętnie spłonęła. Został tylko popiół.<br />
I złoto, ma się rozumieć. Złoto z zapasów Jima Pustelnika mogło stopnieć, ale z pewnością nadal było pod podłogą. Złoto. Z kopalni.<br />
Kopalnia&#8230;<br />
Pociągnęła duży łyk ze styropianowego kubka i sparzyła się w język. Ból pomógł jej się skupić.<br />
Kopalnia. Ten dzień utkwił jej wyraźnie w pamięci, tak wyraźnie, jak koszmar senny, którego nie sposób zapomnieć.<br />
Przez cały czas nie wiedziała, że ETAP oznaczał zniknięcie wszystkich dorosłych. Poszła do kopalni w poszukiwaniu pustelnika, z nadzieją, że przynajmniej znajdzie<br />
jego ciężarówkę i dojedzie nim do miasta. Natrafiła na pustelnika u wylotu sztolni. Nie żył. Nie zniknął – był martwy. A to oznaczało, że zginął przed ETAP-em.<br />
Kojoty przyszły za nią i zaciągnęły ją w głąb kopalni.<br />
A tam napotkała&#8230; to. Stwora. Ciemność, jak nazywały to kojoty. Ciemność.<br />
Pamiętała wrażenie, że jej stopy są ciężkie jak cegły. Pamiętała, jak jej serce zwolniło i każde jego uderzenie przypominało cios młotem. Pamiętała przerażenie, które sięgało głębiej niż zwykły strach. I słaby, zielonkawy blask, który kojarzył jej się z ropieniem, chorobą, rakiem. Stan snu, który ją ogarnął&#8230; ciężkie powieki i pustka w umyśle, poczucie, że coś wdziera się w jej świadomość&#8230;<br />
Chodź do mnie.<br />
– Ach!<br />
Zgniotła kubek. Gorąca kawa rozlała jej się na rękę. Pociła się. Oddychała z trudem. Wzięła głęboki wdech i czuła się tak, jakby aż do tej chwili nie pamiętała, jak to się robi.<br />
To wciąż tkwiło w jej głowie, ten potwór z kopalnianej sztolni. Trzymał ją w klinczu. Czasami była pewna, że słyszy jego głos. Halucynacje, bez wątpienia. Na pewno nie sama Ciemność. Była daleko stąd. Głęboko pod ziemią. Nie mogła&#8230;<br />
– Nie umiem zapomnieć – szepnęła do Patricka. – Nie mogę się od tego uwolnić.<br />
Przez pierwsze dni po tym, jak opuściła pustynię i dołączyła do tego dziwnego społeczeństwa dzieci, Lana czuła niemal spokój. Niemal. Od początku miała poczucie<br />
niepowetowanej szkody, niewidzialnej rany, której umiejscowienie było nieokreślone z wyjątkiem faktu, że znajdowała się w niej, w środku.<br />
Ta niewidzialna, nierzeczywista, niezabliźniona rana znowu się otworzyła. Na początku dziewczyna mówiła sobie, że to zniknie. Że przejdzie. Że wytworzy się psychiczny strup. Ale jeśli to była prawda, jeśli wracała do zdrowia, dlaczego z każdym mijającym dniem bolało ją coraz bardziej? Jakim cudem te straszliwy głos ze słabego, odległego szeptu przerodził się w uporczywy pomruk?<br />
Chodź do mnie. Potrzebuję cię.<br />
Ten naglący, surowy głos układał się teraz w słowa.<br />
– Dostaję świra, Patrick – zwróciła się do psa. – To jest we mnie i dostaję świra.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/24/faza-druga-glod/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jestem jaka jestem &#8211; fragment powieści</title>
		<link>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/19/jestem-jaka-jestem-fragment-powiesci/</link>
		<comments>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/19/jestem-jaka-jestem-fragment-powiesci/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 19 Jan 2010 16:33:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jaguar</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Nasze opowiadania]]></category>
		<category><![CDATA[Cecilia Galante]]></category>
		<category><![CDATA[Jaguar]]></category>
		<category><![CDATA[Jestem jaka jestem]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.miastofantastyki.pl/?p=6849</guid>
		<description><![CDATA[- A jak mi wytłumaczysz, Daisy, że ona wczoraj zostawiła obcięte paznokcie na dywanie w łazience? I że w poniedziałek znowu rozrzuciła buty po przedpokoju! Mało się o nie zabiłem, kiedy wróciłem z pracy! Rozpłaszczyłam się na drzwiach sypialni Elli, przyglądając się wydzierającemu się Slade’owi. Kiedy słyszę kłótnię, zawsze wślizguję się do pokoju siostry, na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span id="more-6849"></span>- A jak mi wytłumaczysz, Daisy, że ona wczoraj zostawiła obcięte paznokcie na dywanie w łazience? I że w poniedziałek znowu rozrzuciła buty po przedpokoju! Mało się o nie zabiłem, kiedy wróciłem z pracy!<br />
Rozpłaszczyłam się na drzwiach sypialni Elli, przyglądając się wydzierającemu się Slade’owi. Kiedy słyszę kłótnię, zawsze wślizguję się do pokoju siostry, na wypadek, gdyby obudziła się i zaczęła płakać. Wstrzymałam oddech. Czekałam, aż Slade skończy, jednak on wygodnie oparł się o kuchenkę, z papierosem między palcami. Zaciągnął się głęboko.<br />
Mama stała przed zmywarką, wypełniając górną półkę brudnymi szklankami. Zmarszczyła czoło i ścisnęła usta. Zawsze się jej przyglądam, kiedy się kłócą. Nie miała pojęcia o Planie przeciw Slade’owi, nie wiedziała, jaki jest jego cel. Byłam jednak pewna, że jeśli uda mi się zrealizować Plan, znowu odejdziemy – tym razem na dobre.<br />
Mama już raz rzuciła Slade’a – tuż po wypadku z moim okiem. Przywiozła mnie do domu ze szpitala. Potem, kiedy właśnie wybierałam się spać do pokoju, usłyszałam, jak oznajmia mu, że nie umie być z mężczyzną, który skrzywdził jej dziecko. Zatrzymałam się, nie ważąc się choćby zipnąć. Kiedy mama wyciągała walizkę z szafy, Slade błagał i płakał. W pewnym momencie rzucił się nawet na kolana, czepiając się jej spódnicy niczym małe dziecko. Przysięgał, że trafił we mnie niechcący i że przez całe życie będzie się starał odkupić własne winy. Lecz nie minęło nawet dwadzieścia minut, a mama już spakowała mnie oraz cztery walizki do swojej Toyoty Corolli. Wyjechałyśmy z Sommersville tak szybko, że Slade nie zdążył nawet zamrugać. Teraz wydaje mi się, że wtedy był najlepszy dzień w moim życiu. Pamiętam, jak niebieskie było niebo. Tak niebieskie jak woda, którą widziałam, gdy otwierałam oczy, nurkując w basenie. Kolor nieba napełnił mnie nadzieją, że nic już nam nie grozi, jeśli tylko dojedziemy do Manchesteru, gdzie mieszkała Kemi, siostra mamy.<br />
Szczęście nie trwało długo. Tydzień po tym, jak dojechałyśmy do cioci Kemi, mama zaczęła czuć się dziwnie i co kilka godzin biegała do łazienki, żeby zwymiotować. Dwa dni później, przy stole, blednąc i trzęsąc się, powiedziała, że jest w ciąży.<br />
Siedziałam tuż koło niej, jednak czułam się niewidzialna. Mama nawet na mnie nie spojrzała. Ciocia Kemi zerknęła na mnie, prawdopodobnie chcąc sprawdzić, czy nie spadłam z krzesła, ale później i ona przestała mnie zauważać. Już wiedziałam, że wrócimy do Slade’a, choć wciąż miałam nadzieję, że ciocia Kemi znajdzie coś, co przekona mamę, by zmieniła zdanie. Nic takiego się nie stało. Dwa dni później jechałyśmy z powrotem drogą prowadzącą do Sommersville. Siedząc z tyłu obserwowałam, jak Slade pomaga mamie wysiąść z samochodu, a potem całuje ją w usta.<br />
Kochanie, tak bardzo za tobą tęskniłem – powiedział.<br />
Wtuliła głowę w jego ramiona i zaczęła płakać. Odwróciłam głowę, próbując się nie rozryczeć.<br />
Tamtej nocy zaczęłam jeść. Z zemsty.<br />
Teraz patrzyłam na ciężkie buty Slade’a krążące po kuchennej podłodze. Mówił, machając papierosem.<br />
Mówię ci, Daisy, ona to robi specjalnie. Żeby mnie wkurzyć.<br />
Slade, uspokój się, dobrze? – powiedziała mama błagalnym tonem, który sprawiał, że robiło mi się słabo. – Wiesz, że to nieprawda. Ona jest dzieckiem. Dzieci robią bałagan, tak to już jest.<br />
Przykro mi, że z mojego powodu musi się z nim kłócić. Chociaż od chwili wypadku Slade rzadko na mnie patrzy, a tym bardziej przestał mnie strofować. Zwłaszcza nie na oczach mamy.<br />
Mówisz, jakby miała góra sześć lat. A ma już trzynaście! I zna zasady. – Zastukał palcem w Listę Zadań, zawieszoną na lodówce. – Są tutaj, na widoku, jak zawsze. – Pochylił się nad listą – Ani jedno zadanie nie zostało wykonane. Ani jedno! Mówię ci, Daisy, ta dziewczyna robi ze mnie idiotę. Stała się złośliwym, do tego za grubym stworkiem i dobrze o tym wiesz – wymruczał złowrogo.<br />
Informowałam cię już, że masz tak nie mówić! – głos mamy stał się nieco silniejszy. – Nie wolno ci winić Hershey, że trochę przybrała na wadze. To zdarza się wielu dziewczynkom w jej wieku. Przecież wciąż rośnie.<br />
Trochę? – Slade zachichotał – Czy ty ślepa jesteś? Ona przez trzy lata utyła mniej więcej dwadzieścia pięć kilo! Żadne „trochę”.<br />
Kłócili się dalej, a ja przejrzałam się w lusterku wiszącym w pokoju małej Elli. Nie wiem, czy przytyłam dwadzieścia pięć kilo, ale na pewno stałam się większa. Moje policzki są okrągłe, mam drugi podbródek, a ramiona wydają się grube jak konary. Stanęłam prosto, wygładziłam koszulkę, wciągnęłam brzuch. Fałdki nie zniknęły. Cieszyłam się, że lustro sięga mi tylko do brzucha, nie chciałabym nawet zerknąć na własną pupę i uda.<br />
Tylko że nadwaga pozwala ci czuć się kimś chronionym. Jakby ten ktoś nosił zbroję, której nikt nie zdoła przebić. Pewnie, fajnie byłoby schudnąć, lecz bałam się. Bez grubej warstwy tłuszczu czułabym się bezbronna. A skoro dom okupował Slade West, nie wolno mi zrzucać zbroi.</p>
<p>Ella zaczęła wiercić się w łóżeczku, bo Slade darł się coraz głośniej. Nocna lampka z Kubusiem Puchatkiem, zawieszona na ścianie, otulała jej twarz żółtym światłem. Ella ma tylko dwa lata, ale należy do najbardziej uroczych dzieci, jakie kiedykolwiek widziałam. Żrą mnie wyrzuty sumienia, kiedy przypominam sobie chwile, kiedy mama szła do szpitala, by urodzić. Miałam nadzieję, że nie przyniesie jej do domu. Wydawało mi się, że moja siostrzyczka też stanie między nami. Teraz wydaje się to dziwne, skoro nie wyobrażam już sobie życia bez Elli.<br />
Przyglądałam się jej poprzez pręty łóżeczka. Nóżki szeroko, jakby szykowała się do zrobienia pajacyka, buzia otwarta. Kosmyk blond włosów spadł na policzek. Za każdym razem, kiedy głos Slade’a huczał za ścianą, pociągała noskiem, jakby słyszała. Pewnie zresztą słyszała. Głos Slade’a obudziłby nawet trupa.<br />
A mnie oczywiście nie wolno nic powiedzieć! – wołał, wydmuchując dym nosem – Niech Bóg broni, by zły Slade pozwolił sobie choć na odrobinę krytyki pod adresem biednej, nieszczęśliwej nastolatki!<br />
Przestań! – mama wycedziła przez zęby. – Po prostu przestań.<br />
Coś za mną się poruszyło: do pokoju wcisnął się Augustus Gloop. Stąpał z uniesionym wysoko ogonem i sterczącymi uszkami.<br />
– Auguś! – szepnęłam, pstrykając lekko palcami. – Chodź tu, mały!<br />
Kotek otarł się o moje kostki, następnie usiadł mi na stopie. Wiem, to brzmi dziwnie, ale wydaje mi się, że lubi zapach moich gołych stóp – siada na nich, kiedy tylko nadarza się okazja.<br />
Wiesz, że mam rację, Daisy. – Głos Slade’a brzmiał coraz głośniej. – Wiesz, jak jest. Po prostu nie chcesz przyznać, bo mała owinęła cię wokół swojego różowego palucha! – Zamachał mamie przed nosem własnym palcem, ilustrując wygłoszoną opinię. – Od tamtego wypadku bawi się ze mną w kotka i myszkę. Uważa, że wolno jej wszystko. Ale ja mam już dosyć.<br />
Och Slade, wpadasz w paranoję. Hershey nie chce się z nikim ba….<br />
Ty naprawdę nie widzisz??? – wydarł się. Przerwał na chwilę, by zapalić kolejnego papierosa. – Nie widzisz. Bo próbuje zaleźć za skórę nie tobie. Nie ciebie nienawidzi.<br />
Mama zatrzasnęła drzwi zmywarki. Slade chodził w tę i z powrotem po kuchni. Podwinął rękawy czarnej koszuli, obnażając ramiona. Kiedy znowu zaczął mówić, jego głos brzmiał znacznie łagodniej.<br />
Proszę cię, po prostu cię proszę, żebyś choć na chwilę przyjęła mój punkt widzenia. Gdybyś tylko spróbowała, może dostrzegłabyś to wszystko trochę inaczej. – Głęboko zaciągnął się dymem.<br />
Okej, Slade. – Mama wsparła się o jedną z niebieskich kuchennych szafek. Zaczesała długie, brązowe włosy na jedną stronę i zaczęła bawić się kosmykami. Nawet z daleka dostrzegałam cienie pod jej oczami – Okej, kochanie. Spróbuję.<br />
Wychodzę – poinformował Slade, rzucając papierosa. Zaszeleścił płaszczem przeciwdeszczowym. – I mówię ci, Daisy, że jeśli choć połowa z listy zadań, jakie powinna wykonać, nie zostanie wykonana przed moim powrotem, wezmę się za nią osobiście. Dbanie o porządek we własnym domu uważam za oczywistość.<br />
Drzwi otworzyły się, po czym zatrzasnęły z powrotem. Spojrzałam na zegar nad łóżeczkiem Elli. Wpół do ósmej. Świetnie. Czasu starczy akurat, by wymknąć się do Phoebe, opowiedzieć, co się stało i wrócić do domu przed Slade’em. „Wychodzę” w jego<br />
ustach zawsze oznaczało wizytę w pubie na rogu oraz pogaduszki z kumplami przy piwie. Zanim zorientuje się, że w ogóle opuszczałam dom, zdążę wrócić.<br />
Co prawda przeciśnięcie się przez okno pokoju Elli na zewnątrz stało się trochę trudniejsze, odkąd zrobiłam się taka duża. Na szczęście było nisko, więc ciągle jakoś dawałam radę wyskoczyć. Augustus Gloop spoglądał na mnie rozwartymi szeroko brązowymi oczami. Znał nasz układ. Bezszelestnie wskoczył na parapet, przez chwilę patrzył w dół, wreszcie skoczył. Po kilku sekundach odwrócił się i spojrzał na mnie. Zamrugał.<br />
Wiem, wiem – sapnęłam, próbując wcisnąć się w wąską szczelinę. – Już idę, wariacie.</p>
<p>Biegłam całe pół mili do domu Phoebe, chociaż nie znoszę biegać i wydawało mi się, że moje płuca zaraz wybuchną. Zawsze biegnę, kiedy potajemnie wymykam się z domu, tak jakbym bała się, że Slade albo mama złapią mnie, jeśli nie pogonię wystarczająco szybko. Nie ściemniło się jeszcze, a majowe powietrze było lekkie i ciepłe. Niebo miało barwę ciemnoniebieską, na horyzoncie rysowała się fioletowa smuga. Cykady hałasowały głośno w trawie, a w oddali słyszałam szczekanie psa. Zmierzch to moja ulubiona pora – wtedy wszystko zaczyna zwalniać. Zatrzymałam się na chwilę na widok witryny Mlecznej Królowej – zastanawiałam się, czy nie kupić dla nas wielkiej błyskawicy z masłem orzechowym – ulubionego ciastka Phoebe. W kolejce stało jednak sześć osób, więc czekanie zajęłoby za dużo czasu. Przyspieszyłam znowu, z każdym krokiem coraz bardziej żałując, że Phoebe nie mieszka bliżej.<br />
Phoebe Millright jest jedną z najdziwniejszych osób, jakie znam – i mówię to z całą sympatią. Oczywiście, dziwactwo w ósmej klasie przysparza zazwyczaj mnóstwa kłopotów. Czyli Phoebe nie stanowiła wyjątku. Moja klasa, w której na ogół przed dzwonkiem panuje kompletny chaos, zamarła, kiedy po raz pierwszy weszła do niej Phoebe. Pominę już wielką dziurę na samym środku jej czarnego swetra, pominę, że czerwone martensy, w które wcisnęła skarpety w niebiesko-czarne paski, z daleka wołały: „wariatka”. Najdziwniej wyglądało białe, wielkie coś, które przyczepiła sobie za uchem. Zazwyczaj w klasie przysypiam, ale tym razem wyprostowałam się i z mojej ostatniej ławki obserwowałam, jak pani Grant domaga się odpowiedzi, co to właściwie jest.<br />
To? – spytała Phoebe, delikatnie gładząc białe coś opuszkami palców. – Ośmiornica.<br />
Że jak? – spytała Andrea Wicker.<br />
Andrea Wicker przewodzi bandzie snobów w gimnazjum Sommersville. Jest ładna, nosi najlepsze ciuchy i ma bogatych rodziców. I jeszcze nie przepuszcza żadnej okazji, by mi podokuczać. Nienawidzę nawet powietrza, którym oddycha.<br />
Phobe uśmiechnęła się.<br />
Ośmiornica. Oczywiście z gumy. Nie podoba ci się? Moim zdaniem z tymi mackami wygląda jak kwiat.<br />
A ja myślę – powiedziała Andrea, nadymając pomalowane błyszczykiem wargi i ukazując idealnie białe zęby – że wyglądasz jak kompletna wariatka.<br />
Phoebe zmarkotniała, a cała klasa wybuchnęła śmiechem. Pani Grant uderzała w swoje biurko, żeby ich uciszyć, jednak na próżno. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej podczas lunchu, kiedy inni uczniowie zaczęli kibicować Andrei. Patrzyłam, jak Phoebe próbuje wyminąć grupę bachorów, które blokowały jej drogę w kolejce po pizzę. Kiedy się odwróciła, jacyś kretyni wyrwali nowej książki z rąk.<br />
„Wracaj na swoją planetę!” – wrzasnął jeden z nich. Andrea zwijała się ze śmiechu. „Weźcie ośmiornicę!” – zawołała – „Niech ktoś zerwie tę ośmiornicę!”.<br />
Czyjeś łapy ściągnęły ozdobę z głowy Phoebe, która stała cicho i patrzyła, jak przerzucają ją między stolikami. Zaczerwieniła się i zagryzała policzek od wewnątrz, tak jakby żuła kawałek steku. Dzieciaki w stołówce darły się do siebie: „Tutaj! Rzuć ją tutaj!”.<br />
Aż nagle, kiedy nauczyciel wuefu, pan Cadaro, zaczął je uciszać, ośmiornica wylądowała na moim stole, na talerzu z tłuczonymi ziemniakami i sosem. Rozbabrała jedzenie i spadła mi na kolana. Była gumowa, mokra i lepka.<br />
Hershey! – zasyczała Andrea, nie spuszczając oczu z pana Cadaro, który krzyczał akurat na jakąś dziewczynę w gotyckich ciuchach. – Podaj mi ją! Dawaj!<br />
Już od tak dawna miałam do czynienia z zaczepkami Andrei, że nauczyłam się, że należy albo dać jej to, czego chce, albo całkowicie ją zignorować. Jakakolwiek inna reakcja spotkałaby się bez wątpienia z przykrymi konsekwencjami w przyszłości.<br />
Podniosłam więc ośmiornicę i już miałam rzucić ją do Andrei, kiedy spojrzałam na Phoebe, która stała za jej stolikiem. Miała potargane przez chłopców włosy, a wargi jej drżały. Znałam tę minę. Z lustra. Ściskając ośmiornicę w dłoni, zignorowałam Andreę i odezwałam się do Phoebe.<br />
Chcesz usiąść ze mną? – Phoebe przez chwilę patrzyła zdziwiona, jakby nie była pewna, czy zwracam się do niej. Jednak po chwili skinęła głową i podeszła. Mogła wybrać dowolne miejsce przy długim stole, ponieważ zawsze jadałam sama. Usiadła naprzeciwko mnie i odetchnęła głęboko.<br />
Świnia – usłyszałam za sobą warknięcie Andrei. – Gruba krowa. Dopadnę cię – obiecała, po czym odwróciła się, bo pan Cadaro zaczął zbliżać się w naszą stronę.<br />
Wszystko ok? – spytał, zarzucając swoimi brązowymi włosami. Był całkiem przystojny jak na nauczyciela. Phoebe pokiwała głową, wciąż patrząc na mnie. Pod brzydkim, grubym swetrem cała się trzęsła. – No dobrze. Daj mi znać, jeśli ktoś znowu będzie ci dokuczać, dobrze?<br />
Phoebe znowu pokiwała głową i zakasała rękawy swetra, ukazując czarne, gumowe bransoletki na obu nadgarstkach. Obgryzione paznokcie miała pomalowane błyszczącym, różowym lakierem.<br />
Podałam jej ośmiornicę przez stół.<br />
Masz tu swoją…<br />
Phoebe uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i schowała ją do kieszeni. Cieszyłam się, że to zrobiła. Gdyby włożyła upaprane ziemniakami gumowe coś z powrotem we włosy, byłoby nam znacznie trudniej się dogadać.<br />
Dzięki – powiedziała.<br />
Nie odzywałyśmy się przez kilka minut. Ja nie jestem tak gadatliwa jak Oprah Winfrey, a Phoebe wydawała się wciąż oszołomiona tym, co się właśnie stało. Zjadłam resztkę swojej kukurydzy i żułam w ciszy.<br />
Zawsze siedzisz tu sama? – zainteresowała się wreszcie.<br />
Zmarszczyłam brwi.<br />
Tak. Bo co?<br />
Nic, nic, nie denerwuj się, tak tylko spytałam – powiedziała, wyciągając przed siebie otwarte dłonie. Potarła nimi stół. – W zasadzie całkiem fajnie jest mieć tyle miejsca.<br />
Jadłam dalej. Nie chciałam być niegrzeczna. Szczerze mówiąc, zaczynałam się pocić, bo przyszło mi do głowy, że Phoebe mogłaby zostać moją przyjaciółką. Nie miałam prawdziwej przyjaciółki od trzeciej klasy, ale nie chciałam, żeby to wiedziała. Phoebe<br />
przyglądała się czemuś nad moim ramieniem.<br />
	Ta dziewczyna wciąż złośliwie na nas patrzy – powiedziała.<br />
To Andrea Wicker – odparłam, nawet się nie odwracając. – Złośliwą minę ma przyklejoną do<br />
twarzy.<br />
Tobie też dokucza?<br />
Pokiwałam głową, a Phoebe uśmiechnęła się.<br />
Może da sobie na wstrzymanie, skoro jesteśmy we dwie.<br />
Nie liczyłabym na to – odpowiedziałam, ciesząc się, że użyła zwrotu „jesteśmy we dwie”.<br />
Phoebe wyciągnęła do mnie kościstą dłoń.<br />
Jestem Phoebe Millright. A ty?<br />
Hershey Hollenback – uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że nie słychać, jak wali mi serce. – Miło cię poznać.</p>
<p>Motel Mandarynka, w którym Phoebe od dziewięciu miesięcy mieszkała ze swoim ojcem, stoi pośrodku smętnego, brudnego pola. Z drzwi zwisa odwrócony znak z napisem „brak miejsc”. Schody są połamane i podziurawione, a wyrwana poręcz dynda z jednej strony. W motelu jest dziesięć pokoi z numerami na drzwiach. Na niektórych wiszą kosze kwiatów, pokój numer 3 wciąż jest przystrojony na Boże Narodzenie. Pozostałe jednak wyglądają na opuszczone. Phoebe mówi, że chodzi o rozwiązanie tymczasowe i że kiedy Jack zarobi wystarczająco dużo pieniędzy, kupi normalne mieszkanie. Było im ciężko od czasu, kiedy mama Phoebe uciekła od nich, zabierając ze sobą wszystkie oszczędności. Przez jakiś czas radzili sobie nieźle, jednak w kwietniu Jack miał wypadek na budowie. Ich plany zostały odłożone na czas nieokreślony.<br />
Phoebe siedziała tam, gdzie zwykle, czyli przed drzwiami pokoju numer 6, czekając na mnie i na Augustusa Gloopa. Augustus przyglądał się trzem rolkom papieru toaletowego, którymi żonglowała. We włosach miała czerwony kwiat wielkości arbuza. Złoty brokat na kwiatowych płatkach lśnił w świetle lampy.<br />
Hej! – powiedziała Phoebe, nie spuszczając wzroku ze środkowej rolki papieru. Wytłumaczyła mi kiedyś, że to jedyny sposób, jeśli chce się czymkolwiek żonglować. – Po co go zabrałaś? – Phoebe nie znosi Augustusa Gloopa. Mówi, że to nic osobistego – uważa tylko, że wszystkie koty są złymi, podstępnymi zwierzętami. Szczerze mówiąc, ja sądzę, że po prostu się ich boi.<br />
Slade i mama znowu się pokłócili – wykrztusiłam, opierając dłonie na kolanach. Zadarłam nos do góry, żeby okulary nie spadły mi jeszcze niżej. – Wiesz, że kot nienawidzi, kiedy się kłócą.<br />
Rolka papieru uderzyła mnie prosto w czoło. Przestraszony Augustus schował się pod schodami, gdzie siedziała Phoebe, i zaczął myć łapki.<br />
Cholera. Wiedziałam, że ją zgubię. – Podniosłam się i podałam jej rolkę. – O rany, siadaj. Wyglądasz, jakbyś się miała przewrócić. Znowu przebiegłaś całą drogę? – Pokiwałam głową, wciąż dysząc ciężko. Phoebe wskazała mi miejsce obok siebie. Podłoga zaskrzypiała, kiedy siadałam. – Co się stało tym razem? I przypomnij mi, którą część „Planu przeciw Slade’owi” realizujemy? – spytała, podrzucając papier do góry.<br />
„Plan przeciw Slade’owi” był w pewnym sensie pomysłem Phoebe. To ona podpowiedziała mi, że powinnam wpienić Slade’a do tego stopnia, by doprowadzić go do takiego stanu, w jakim znajdował się, kiedy rzucił we mnie szklanką. Ja natomiast już sama wymyśliłam, że zrobię, co należy, umyślnie lekceważąc Listy Zadań. A potem, pewnego wieczora, razem, siedząc na ganku motelu Phoebe, opracowałyśmy Plan.</p>
<p><em>Cecilia Galante, Jestem jaka jestem</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.miastofantastyki.pl/2010/01/19/jestem-jaka-jestem-fragment-powiesci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
